Bakos Katalin - Manicka Anna szerk.: Párbeszéd fekete-fehérben, Lengyel és magyar grafika 1918–1939 (MNG, Warszawa–Budapest, 2009)
I. PÁRBESZÉD FEKETE-FEHÉRBEN - Bakos Katalin, Anna Manicka: Valami történik közöttünk. Szubjektív előszó a Párbeszéd fekete-fehérben. Lengyel és magyar grafika
W czasach biatego terroru uciekając przed więzieniem lub brakiem perspektyw, bardzo wielu artystów węgierskich wybrato emigrację. Polacy i Czesi, u których w sposób naturalny rozwinęły się rozmaite nowoczesne kierunki, konstruktywistyczna, a później funkcjonalistyczna architektura i sztuka użytkowa (nawet niektóre z nich cieszyły się oficjalnym wsparciem), nie rozumieli, dlaczego dzieła węgierskiej awangardy powstają na emigracji w Wiedniu, Berlinie czy Paryżu i tylko w ograniczonym stopniu dochodzą do głosu od drugiej połowy lat 20. XX wieku na konserwatywnych Węgrzech. Oficjalna polityka kulturalna, konserwatywna krytyka wszelki modernizm określała mianem „bolszewicki". Węgierskie pochodzenie artystów, którzy pozostali za granicą, na przykład László Moholy-Nagya, Alfreda Forbátha, Marcella Breuera, Andora Weiningera w ich nowych ojczyznach poszło w niepamięć, natomiast w Lodzi powstało pierwsze nowoczesne muzeum Europy! Obraz krótkiego żywota Republiki Rad wytworzyła i przekazała kolejnym pokoleniom najpierw zwalczająca ją kontrrewolucja, a później konserwatywna i ekstremistyczna prawicowa ideologia międzywojenna. Zmodyfikowała ten proces po roku 1945 stronnicza ideologia komunistyczna, przedstawiając ten skomplikowany okres jako prostą historię bohaterstwa. Po zmianie systemu odżyło wszystko to, co wcześniej zostało w ten sposób stłamszone i dzisiejsza młodzież jest wobec tego bezradna, kompletnie nie rozumiejąc mechanizmów historii własnego narodu. Jednocześnie ulubionymi eksponatami organizowanych w Ameryce wystaw węgierskiej awangardy są plakaty z okresu Republiki Rad. AM: Pamiętam również mój ostatni pobyt w Niemczech, w Saarbrücken, kiedy byłam w tamtejszym Muzeum Historycznym. Oni inaczej widzą pewne sprawy, oni np. wierzyli, że podczas okupacji Polacy „na roboty do Niemiec" jeździli chętnie i bez przymusu, tylko przyznawali, że rzeczywiście niemieccy gospodarze nie zapewniali im dobrych warunków bytowych. Z kolei na Białorusi potomkowie miejscowych Polaków w latach 90. ofiarowywali krewnej z Polski słoninę, „bo u was w Polsce głód", a wielu Rosjan żyło w Związku Radzieckim w przekonaniu, że ich trudności rynkowe są spowodowane tym, że muszą karmić Polaków-darmozjadów. A może i Węgrów-darmozjadów też, kto to wie? KB: Wspomnę jedno wydarzenie, które tak wiele mi wyjaśniło w kwestii znajomości siebie samych i potrzeby wzajemnego poznania. Na początku lat 90. wzięłam udział w wieczorku literackim Ludvika Vaculíka w Instytucie Kultury Czeskiej w Budapeszcie. Bezwzględnie szczery i uparcie poszukujący prawdy Vaculík zszokował węgierską publiczność, jak rozdał nam powstałe w połowie XIX wieku obrażające Lajosa Kossutha pieśni czeskie, tłumacząc iż póki Węgrzy będą się o to obrażali, nie można mówić o wzajemnym zrozumieniu. Muszę przyznać, że sama czułam się niemile dotknięta, jako że Kossuth jest dla mnie jedną z najbardziej zasługujących na szacunek postaci węgierskiej historii. W dodatku po upadku powstania, rozumiejąc poważne problemy narodowościowe w regionie, niemal samotnie walczył w swoich czasach o poszukiwanie sojuszników wśród ludów naddunajskich. Obecnie żałuję, że zamiast obrażania się nie zastanowiłam się nad sprawą i nie próbowałam zrozumieć, o czym mówią te pieśni, dlaczego inny naród odbierał negatywnie naszego „bohatera". Postanowiłyśmy, że przygotowując naszą wystawę, będziemy starannie dobierać dzieła ze swoich zbiorów uznane przez nas za wybitne pod względem artystycznym. AM: Przy tym nasze wzajemne doświadczenia są wyjątkowo pozytywne. Istnieje głęboko ugruntowane w świadomości społecznej przekonanie o przyjaźni polsko-węgierskiej. W czasach realnego socjalizmu jeździliśmy do Budapesztu i nad Balaton (mimo, że mamy swoje morze, ale jakby trochę zimne). W swoich wspomnieniach Jerzy Tchorzewski 10 pisze, że pojechali z wycieczką artystów. Po drodze do Bułgarii zatrzymali się w Budapeszcie: „Mieszkaliśmy w Gelercie, biegaliśmy po mieście, ładnym, sympatycznym mieście, no a przede wszystkim ciągnęło nas do muzeum. Po raz pierwszy widziałem Goyę, Velázqueza, Rafaela i wiele innych pięknych obrazów. Nie był to Luwr ani Prado, ale było to już muzeum, które miało w swoich zbiorach sporo pięknych obrazów" 11 . Rozumiesz - Budapeszt to był zawsze jednak inny, lepszy świat, nawet