Szaniawski, Jerzy: Zegarek; Q 398

- 2 ­Mecenas: Jan: MecenasV Jan: Mecenas: Jan: Mecenas: Jan: Mecenas: Jan: Mecenas: Jan: Szef: Dzień dobry, panie Tomczyk! Moje uszanowanie panu mecenasowi! Szefa nie ma? Przed chwilą wyszedł. Pewno jest w cukierni. Lubi pogadać o polityce. Tak, właśnie poszedł na pół godziny do cukierni, (w tej chwili uderza spóźniony nieco zegar) Ładny bestia ma ton. Targuję się z pańskim szefem o ten zegar, ale nie mogę się ze starym dogadać, za dużo chce. No, ale jak tam panie z tym moim zegarkiem? Gotowe? Już uregulowany. Gdlpby pan mecenas chciał nam go zostawić jeszcze na jeden dzień, to już byłby zupełnie pewny. A no dobrze: przyjdę jutro. (słychać silny turkot, jaki dają puste wozy do przewożenia węgla) Już! Już się zaczyna! To istna plaga,panie, te wozy! Od tej pory, co ten węglarz osiadł na na­szej ulicy - piekło.panie, nie ulica! Tak, jak przejeżdżają, trzęsie się cały dom. I to zawsze o wpół do pierwszej. Jak wypuści, panie, kilkanaście takich pustych skrzyń do węgla, a ci tam, jeszcze zatną konie, jakby jechali do ognia -to trzeba wprost krzyczeć, żeby człowiek mógł się z człowiekiem dogadać! Do widzenia! Nie mogę słuchać! (wychodzi - silny turkot wozów trwa jeszcze około dwudziestu sekund - poczym się ucisza) Co? Pan szef już wrócił? Nie było tu nikogo?

Next

/
Oldalképek
Tartalom